czwartek, 30 kwietnia 2015

Nowa kampania LPM oraz rossmannowy haul

Dzisiaj będzie o dwóch rzeczach: nowej kampanii LPM, której zostałam ambasadorką oraz o moich zdobyczach rossmannowych.

Zacznę od kampanii. Jakiś czas temu na jednym z blogów, które czytam znalazłam informację o tym, że LPM poszukuje ambasadorek i postanowiłam się zgłosić. Jednym z etapów rekrutacji było podanie przepisu kulinarnego z użycie składników, które są obecne w produktach Le Petit Marseillais. Ten etap oraz kolejne przeszłam pomyślnie i dzisiaj zawitał do mnie kurier z paczką ambasadorską.


W paczce znalazłam dwa duże żele pod prysznic o nowych zapachach, bardzo dużo próbek do rozdania koleżankom, opaskę na oczy oraz dużo informacji o LPM. Nowe zapachy to "Cytryna i werbena" oraz "Pomarańcza i grejpfrut". Obydwa są bardzo przyjemne, w sam raz na lato, ale ten pierwszy jest genialny i kojarzy mi się z ciastem cytrynowym. Na pewno kosmetyki LPM zagoszczą na stałe w mojej łazience.

Drugi temat na dziś to zakupy w Rossmannie na słynnej już promocji. Tym razem dotyczy ona produktów do makijażu oczu.


Do mojego koszyka wpadł najnowszy tusz do rzęs od Maybelline, bo bardzo lubię ich tusze i chętnie wypróbuję kolejny produkt. Kupiłam również trzy cienie do powiek w różnych odcieniach fioletu. Jasny od Rimmel oraz dwa ciemne:matowy od Astor oraz perłowy L'oreal Color Riche. Ten ostatni zachwycił mnie kremowością w dotyku i już szukam kolejnych kolorów w Internecie. Polowałam też na cień w kremie Maybelline, ale nie było tego koloru którego szukałam.

Mimo, że najbardziej czekam na promocję na produkty do ust i lakiery, to sądzę, że w sobotę odbędę jeszcze jedną wycieczkę do Rossmanna i coś może jeszcze wpadnie do mojego koszyka.

środa, 29 kwietnia 2015

Moje kosmetyczne odkrycie czyli podkład Revlon Photoready

Dzisiaj recenzja podkładu, który dla mnie obecnie jest niemalże Świętym Graalem wśród podkładów.

Trochę w cieniu słynnego Colorstaya, podkład Photoready jest od niego znacznie mniej popularny, moim zdaniem całkowicie niesłusznie.

Podkład wygląda tak:


Warto zerknąć na opakowanie, bo jest też wersja tego podkładu w piance, ale jej nie testowałam więc ciężko mi o niej cokolwiek powiedzieć.

Podkład kupiłam, ponieważ wcześniej używałam bazy z tej serii i byłam z niej bardzo zadowolona. Po obejrzeniu go pod światło trochę się jednak zaczęłam zastanawiać, bo widziałam w nim sporo mikroskopijnych drobinek. Warto podkreślic, że chyba jako jedyny podkład firmy Revlon Photoready posiada pompkę dozującą.

Testy podkładowe najczęściej robię w weekendy i taki właśnie sprawdzian przeprowadziłam z tym podkładem. Nie używając żadnej bazy poza tradycyjnym kremem i olejkiem zaczęłam nakładać ten podkład za pomocą gąbeczki z Real Techniques. Mam trochę rzeczy do ukrycia, typu niewielkie blizny, naczynka i oczywiście porozszerzane pory. Pierwsza warstwa podkładu ładnie wyrównała mi koloryt skóry, ale jakiś niedoskonałości pokryła dość średnio. Postanowiłam zaryzykować i położyłam drugą warstwę. I to było to! Przez pierwsze 10 minut buzia się dość mocno świeciła. Ja zawsze odczekuję trochę żeby podkład dobrze wysechł na skórze. Photoready zastyga pięknie wygładzając twarzy. Buzia jest rozświetlona, niedoskonałości ukryte. Ja mam dośc mocno świecącą się skórę, więc bardzo lekko przypudrowałam go pudrem korygującym z Catrice. Efekt jest genialny! Nawet mój Mąż, który nie lubi jak się maluję przyznał, że skóra wygląda super, podobnie zresztą kilka koleżanek w pracy.

Podkład jest trwały, u mnie wytrzymuje spokojnie cały dzień z niewielkim pudrowaniem gdzieś po 5 godzinach. Nie pudrzy się, nie wchodzi w pory skóry, nie podkreśla suchych skórek. Co do odcienia to ja mam obecnie odcień 003 Shell, który mógłby być odrobinę jaśniejszy, ale jest to zauważalne tylko z odległości gdzieś 10 cm więc nie będę się czepiać.

Zdecydowanie mam ochotę na wypróbowanie reszty produktów z gamy Photoready, bo ten podkład mnie całkowicie zachwycił i mam nadzieję, że tak pozostanie do końca butelki. Oczywiście będę testować dalej, ale jeśli przez całą butelkę będę miała taki efekt jak teraz to na pewno zagości u mnie na dłużej.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Pogromca rozszerzonych porów, czyli moje pierwsze DIY od Mazideł

Dzisiaj kolejna recenzja produktu ze sklepu MAZIDŁA. Dzięki uprzejmości firmy MAZIDŁA sama wybrałam produkt do testu. Tym razem postanowiłam być trochę odważniejsza i kupić gotowy zestaw do zrobienia kosmetyku w domu. Walczę z rozszerzonymi porami, szczególnie widocznymi w okolicach nosa, więc postanowiłam wypróbować Serum Redupore.

Składniki do zrobienia serum sklep MAZIDŁA wysyła nam w odpowiednio odmierzonych proporcjach wraz z całym sprzętem typu opakowania czy mieszadełka. Wygląda to tak:


Dostajemy również instrukcję jak przygotować dany kosmetyk. Instrukcja napisana jest w prosty i przystępny sposób, tak że każdy jest w stanie ją zrozumieć.



Nie będę opisywała jak robiłam to serum, chociaż cały proces zajmuje około 30 minut plus czas odstania. Wymienię tylko i opiszę poszczególne składniki.
Aktywne substancje to ekologiczny hydrolat oczarowy, wykorzystywany w wielu kosmetykach dla skóry tłustej, nawilżający kwas hialuronowy. Karagenian to substancja zagęszczająca. Ekologiczny olej konopny wykazuje właściwości rozrzedzające łój skórny. Niacynamid, czyli witamina B3 to kolejny składnik stosowany w kosmetykach dla skóry tłustej. Kolejny składnik to dość tajemniczy Redupore. Serum zawiera też trikenol, ekstrakty z soi oraz aloesu i Leucidal eko jako środek konserwujący. Lista składników krótka i zdecydowanie skierowana dla skóry tłustej.

Jakie są moje wrażenia? Powiem jedno- to serum jest genialne! Stosowałam już różne kosmetyki mające na celu zwężenie porów skóry, tańsze i droższe, apteczne i drogeryjne, ale po żadnym nie miałam tak rewelacyjnych efektów. Większość kosmetyków tylko lekko zwęża pory doraźne, ale są one cały czas zatkane łojem i choć są mniejsze, to jednak widać takie czarne punkciki. Serum Redupore stosowane rano i wieczorem sprawiło, że moje pory skóry są nie tylko zwężone, ale też idealnie czyste i rozjaśnione. Wybaczam mu dość kiepski zapach i to, że się po nim święcę jak latarnia. To serum wyczyściło i zwęziło mi pory tak jak żaden inny kosmetyk.

Bardzo polecam to serum, jak również inne kosmetyki z MAZIDEŁ. Ja zamierzam wypróbować jeszcze wiele ich produktów oraz skorzystać z przepisów na kosmetyki naturalne, które możemy znaleźć na stronie sklepu.

A Wy próbowaliście kiedyś robić jakieś swoje kosmetyki?

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Zdobycze na wielkiej obniżce w Rossmannie

Dzisiaj post zakupowy związany z wielką obniżką kosmetyków do makijażu w Rossmannie. Jako, że obecna część promocji obejmuje podkłady, pudry i inne kosmetyki typowo do twarzy to takie też zakupy zrobiłam. Moje plany były trochę inne, ale nie wszystkie produkty były dostępne w pożądanych przeze mnie odcieniach, więc pewnie nabędę je przy okazji innej obniżki bądź zakupię przez Internet.

A tak wyglądają moje zakupy:


Jak widać nie jest tego dużo, bo mam sporo zapasy tego typu kosmetyków, a nie chciałam kupować dla samego kupowania.

1. Podkład Wake me up firmy Rimmel. Bardzo lubię produkty tej firmy, testowałam już wiele ich produktów, ale z tym podkładem zawsze było mi nie po drodze. Jako, że ostatnio uwielbiam kosmetyki rozświetlające to tym razem postanowiłam się na niego skusić i zobaczymy jakie będą tego efekty. Wybrałam odcień 103 True Ivory.


2. Max Factor Facefinity 3 in 1. Myślałam nad innym podkładem z tej firmy, a mianowicie nad Whipped Cream, ale ciężko mi było sprawdzić odcień i finalnie zdecydowałam się na ten podkład w odcieniu 47 Nude. Jestem ciekawa połączenia bazy, korektora i podkładu w jednym. Ocenę tego oraz innego podkładu Max Factor, a mianowicie Skin Luminizer umieszczę już wkrótce na blogu.



3.  Podkład rozświetlający z serii Hypoallergenic firmy Bell. Kolejny podkład rozświetlający do testów. Niestety dopiero latem, bo już w domu zorientowałam się, że wzięłam kolor 02 zamiast 01 .


4. Puder Bell rozświetlający z tej samej serii. Zainteresował mnie ten produkt i z chęcią go wypróbuję.

Produkty  Bell bardzo mnie kusiły. Chciałam też kupić bazy tej firmy, ale nie byłam pewna czy są objęte promocją, więc sobie odpuściłam.

Produkty, których nie kupiłam, ale chciałam to podkład Astor Perfect Stay (brak najjaśniejszego koloru w szafie) oraz kilka produktów firmy Revlon, których po prostu nie było, a ja na fali zachwytu podkładem Photoready chce wypróbować inne produkty z tej serii.

Od 30 kwietnia promocje produktów do oczu, więc od razu zapraszam na post tego co polecam i co zamierzam kupić.

A jakie są Wasze zdobycze na tej promocji?

Wyniki rozdania z Bielendą

Dzisiaj długo oczekiwane wyniki rozdania z Bielendą.

Pierwsze miejsce i wybrany zestaw z serii Skin Clinic Professional wędruje do Karoliny Majewskiej. Proszę w mailu z danymi zawrzeć informację, który zestaw (korygujący, odmładzający czy nawilżający) ma znaleźć się w paczce. Na informację z danymi i wybranym zestaw czekam 7 dni, a potem losuję kolejną osobę.

Drugie miejsce i zestaw 10 maseczek z najnowszych serii Bielendy trafia do Kaś. Klub Kosmetyczny. Również czekam 7 dni na maila z danymi, a potem losuje kolejną osobę.


Zwyciężczyniom gratuluję, a resztę zapraszam na kolejne rozdania, które na pewno niebawem się pojawią.

P.S. Apropos rozdań. Jak pewnie niektóre osoby zauważyły, z boku pojawił się bannerek z Born Pretty Store. Dostałam od nich propozycję rozdania jeśli co najmniej 10 osób robiąc u nich zakupy wykorzysta mój kod promocyjny, więc jeśli chcecie kolejne rozdanie to zachęcam do zakupów BPS.

Co polecam a czego nie na wielkiej obniżce w Rossmanie


Obniżka makijażowa w Rossmannie trwa już od jakiegoś czasu. Ja też się skusiłam na małe zakupy, ale o tym wieczorem. Dzisiaj post co warto kupić, a czego nie na tej obniżce, przynajmniej w mojej opinii.

Zdecydowanie polecam:

1. Revlon- podkłady Colorstay oraz cała gama Photoready. Podkład rozświetlający to mój ostatni hit, o którym recenzja niebawem.
2. Rimmel- jak dla mnie w zasadzie wszystkie pudry i podkłady, poza podkładem Stay Matte, który u mnie przynajmniej kompletnie się nie sprawdził. Najbardziej polecam nowe wersje Lasting Finish oraz Match Perfection.
3. Maybelline Dream Matte Mousse. Innych rzeczy na razie jeszcze nie testowałam, a ten podkład mogę polecić z czystym sumieniem.
4.Max Factor- podkład Lasting Performance. Ładnie kryje tylko trzeba dobrać dobry odcień.
5.Bourjois- puder Healthy Balance. Ładnie matowi i jednocześnie rozświetla skórę.
6.Perfecta podkład matująco-kryjący. Dobry podkład polskiej firmy, który nie ciemnieje w ciągu dnia. Polecam odcień "Wanilia".


Odradzam:
1.Podkłady polskich firm typu Soraya, AA,Eveline- niestety to są podkłady tylko na lato, bo kolory są bardzo ciemne. Jakościowo są całkiem niezłe.
2.Bourjois 123 podkład. Pisałam już o nim recenzję. Bardzo suchy i mocno ciemnieje.


Wieczorem będzie o moich zakupach oraz pojawi się post z wynikami rozdania, więc zapraszam!

czwartek, 23 kwietnia 2015

Śliwki w marcepanie, czyli olej śliwkowy od Mazideł

Przypomnę Wam o rozdaniu z Bielendą, które kończy się jutro. Czasu zostało mało, więc serdecznie zapraszam.

Dzisiaj kolejny produkt, który wybrałam do testowania dzięki uprzejmości sklepu MAZIDŁA, a będzie to olej śliwkowy. Chciałabym od razu nadmienić, o czym zapomniałam w poprzednich postach, że sklep MAZIDŁA ma taką fajną ofertę, że możemy że większość produktów jest dostępna w kilku pojemnościach, więc możemy na początek kupić niewielką ilość produktu i dopiero sprawdzić czy nam on służy, a później ewentualnie zdecydować się na duże opakowanie. W drogeriach takiej możliwości raczej nie mamy.

Wracając do kolejnego wybranego przeze mnie produktu, czyli oleju śliwkowego. Przede wszystkim co od razu rzuca się w oczy, a raczej w nos, to bardzo charakterystyczny marcepanowy aromat. Aromat ten poza kosmetyką jest wykorzystywany również w sztuce kulinarnej. 


W kosmetyce olej śliwkowy ma zastosowanie zarówno jako środek aromatyzujący jak i pielęgnujący. Właściwości pielęgnacyjne tego oleju są dość szerokie, a to dzięki sporej ilości składników aktywnych jak witamina E, kwasy NNKT, beta-karoten czy też fitosterole. Zwłaszcza obecność kwasów NNKT wzmacnia działanie innych kosmetyków, ponieważ kwasy te są doskonałym nośnikiem składników aktywnych i ułatwiają im wnikanie w głąb skóry. Rewelacyjnie nadaje się do tłustej skóry, bo nie pozostawia tłustej warstwy.

Olej śliwkowy wykazuje działanie przeciwstarzeniowe, przeciwzapalne oraz silnie regenerujące. Ma dość szerokie zastosowanie w kosmetyce, bo można go używać do twarzy, ciała, ust, włosów.

Ja wypróbowałam wszystkie te sposoby i jestem bardzo zadowolona, ale po kolei.

Zastosowany do olejowania włosów pięknie je zmiękcza i wygładza. Włosy są gładkie, miłe w dotyku, błyszczące z podomykanymi łuskami. Olej ten niweluje też dość intensywny zapach oleju z czarnuszki, którego używam do włosów.

O stosowaniu tego oleju na twarz czytałam na kilku różnych forach, że doskonale sprawdza się u osób z tłustą skórą i rozszerzonymi porami, ale też ze skórą podrażnioną. W moim domu sprawdził się zarówno na mojej tłustej, ale wrażliwej i naczynkowej cerze, jak i na zmianach łuszczycowych u mojego Męża. Ja stosuję olejek rano pod makijaż i mogę się cieszyć brakiem nieestetycznego błysku przez cały dzień, a także mam gwarancję, że jak już zaczyna mi się tworzyć jakiś pryszcz to posmarowany tym olejkiem szybko się wchłania, podobnie jak to ma miejsce w przypadku olejku jeżynowego o którym już pisałam. U mojego Męża olejek śliwkowy złagodził świąd i zaczerwienienie, a także zlikwidował łuskę na zmianach łuszczycowych, więc polecam go osobom, które borykają się z chorobami skóry.

Poza wymienionymi już zastosowaniami, olejek kładę na noc jako regenerujący balsam do ust oraz nakładam na dłonie, jeśli miałam jakieś duże zmywanie lub sprzątanie i czuję, że mojej skórze nie wystarczy samo nawilżanie kremami.

Olej śliwkowy to kolejny produkt z szerokiego asortymentu MAZIDEŁ, który mogę polecić z czystym sumieniem. Od razu zaproszę Was na następny mazidłowy post, ale tym razem będzie o samodzielnie robionym kosmetyku.


wtorek, 21 kwietnia 2015

Viosenne pudełko od ShinyBox i Vitalia oraz przypomnienie o rozdaniu

Na początek ponownie przypomnę Wam o rozdaniu z Bielendą, które kończy się w ten piątek.

Recenzja kwietniowego ShinyBoxa wyjątkowo dość późno na moim blogu, a to dlatego, że po pierwsze termin dostawy trochę się przesunął, a po drugie ze względu na to, że wróciłam do pracy to blogiem mogę się zajmować dopiero wieczorami.

Kwietniowa edycja powstała we współpracy ze znanym portalem Vitalia, który zajmuje się dietetyką, treningami i szeroko pojętym zdrowiem. Na fan page'u ShinyBox od dłuższego czasu pojawiały się różne informacje odnośnie aktywności sportowej i zdrowego odżywiania oraz oczywiście podpowiedzi dotyczące pudełka :-). Tradycyjnie fanki zgadł sporą część kosmetyków, ale kilka było zaskoczeniem.

Tak prezentuje się całe pudełko:


Jak pewnie widzicie udało mi się załapać na dodatkowy kosmetyk, czyli antyperspirant.


Korzystałam już z tego typu produktów, ale z firmą Pharmacy Laboratories jeszcze nie miałam styczności. Na pewno przyda się w kontekście nadchodzących ciepłych dni oraz stresujących sytuacji, które na pewno czekają na mnie w pracy ;-).


Dove na pewno ma jakąś intensywną kampanię reklamową, bo po raz kolejny ich produkt znajduje się w pudełku. Zapach mnie nie zachwyca, bo jest mdląco słodki. Trudno.


Dla odmiany żel do mycia twarzy firmy Biolaven wypróbuję z wielką przyjemnością, bo doskonale wpasowuje się w naturalną pielęgnację twarzy, którą ostatnio stosuję. Biolaven to marka bardzo lubianej przeze mnie firmy Sylveco.


Sypki cień od firmy Glazel ma piękny kolor i genialną pigmentację. Do tej pory unikałam cieni w tej formie, ale powoli uczę się z nimi współpracować.


Drugi produkt Glazel to kamuflaż. W tym przypadku średnio mi przypasował, bo ma dość ciemny kolor, a po drugie zawiera wysoko w składzie parafinę, której moja skóra nie lubi.


Ostatni kosmetyczny produkt (poza próbkami) to tonik Caviariste Perlique od firmy Theo Marvee. Tonik ma oczyszczać skórę, zmniejszać pory oraz przywracać równowagę hydro-lipidową. Konsystencja jest raczej żelowa, a składniki aktywne czyli kawior i perły są bardzo wysoko w składzie, bo na trzecim i czwartym miejscu, zaraz za wodą i gliceryną. Jestem bardzo ciekawa tego produktu.


Tajemnicza niespodzianka od firmy Vitalia to saszetka z kisielem oraz kod uprawniający do korzystania przez tydzień z propozycji diety i treningów na stronie internetowej tej firmy. Fajny pomysł jeśli ktoś ma w planach zrzuceniu kilku kilogramów lub po prostu chce skorzystać z czegoś zdrowego. 

Kwietniowe Shiny uważam za miarę udane, zwłaszcza ze względu na żel do twarzy oraz tonik. No i oczywiście antyperspirant, ale ten nie był w każdym pudełku, więc nie powinnam go brać pod uwagę. Shiny trafiło jak dla mnie w punkt jeśli chodzi o testowanie nowości, bo o linii Biolaven słyszałam, ale już o Theo Marvee nie, a dzięki ShinyBox mam okazję stestowac coś zupełnie dla mnie nowego.

W tym momencie czekam na majową edycję, która ma powstać ze znaną firmę obuwniczą Venezia :-).

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Jestem Shrekiem, czyli olej jeżynowy od MAzideł

Przypominam o trwającym rozdaniu. Niewiele czasu już zostało, więc zachęcam do zgłaszania się.

Dzisiaj kolejny naturalny produkt, który trafił do mnie dzięki współpracy ze sklepem MAZIDŁA. Dzięki uprzejmości MAZIDEŁ kolejne produkty do testów mogłam wybrać sama. Tym razem padło na między innymi olej jeżynowy.

Dlaczego wybrałam akurat taki olej? Od dłuższego czasu czytałam o różnych olejach owocowych i ich fantastycznym wpływie na skórę oraz tym, że nadają się nawet pod makijaż. Co jest charakterystyczne dla oleju jeżynowego? Przede wszystkim sprawia, że łój staje się rzadszy, a co za tym idzie nie czopuje porów skóry i tworzy się mniej zaskórników. Dla mnie to jeden z najważniejszych aspektów, bo z zaskórnikami mam dość duży problem. Zawartość witaminy E poprawia elastyczność skóry i jej zdolność do absorbowania składników odżywczych. Luteina poprawia koloryt i odporność na promienie słoneczne. Olej poza tymi wszystkimi zaletami charakteryzuje się dużą aktywnością łagodzącą oraz przeciwzapalną. Można go stosować u osób z chorobami skóry jak łuszczyca czy AZS. Ma też nie pozostawiać nadmiernej tłustości po aplikacji, co jest korzystne dla osób z tłustą cerą.

Kiedy już co nieco wiadomo o dobrociach tego oleju to pora na moje wrażenia. Na początek zdjęcie oleju w fajnej buteleczce z odpowiednim dozownikiem, który gwarantuje nam, że nie zachlapiemy olejem wszystkiego i się nam on po prostu nie zmarnuje.


Olejek ma ładny zielony kolor i aromat, który mnie osobiście kojarzy się z liśćmi owocowymi. Ten zielony kolor trochę mnie zdziwił w kontekście aplikowania olejku na dzień, ale bycie Shrekiem jest chwilowe. Pierwszą rzeczą jaką zauważyłam już na samym początku są właściwości przeciwzapalne te produktu. Akurat tak się złożyło, że kiedy otrzymałam olejek na mojej twarzy akurat postanowiły pojawić się tworzące się pryszcze, mające postać zaczerwienionych guli. Postanowiłam zaryzykować i zamiast smarować je środkiem punktowym na pryszcze, to całą twarz posmarowałam właśnie tym olejkiem. Rano po gulach nie było żadnego śladu.

Jeśli chodzi o aplikowanie olejku na dzień to przynajmniej u mnie nie wchłania się on do matu, więc umalowanie buzi jest raczej niezbędne. U mnie po aplikacji skóra jest niesamowicie miękka i elastyczna, ale ma dość intensywny blask. Sam olejek więc raczej odpada, ale jak już nałoży się na niego makijaż, a nawet wystarczy sam puder, to matu już nic nie ruszy. Skóra cały dzień jest pięknie zmatowiona, z co najwyżej lekko satynowym błyskiem, który ja osobiście bardzo lubię. Testowałam to w klimatyzowanym pomieszczeniu, w którym zawsze moja skóra niemiłosiernie się świeciła już po godzinie.

Właściwości antyzaskórnikowe to kolejna rewelacja tego olejku. Po tygodniu stosowania, na zmianę z innym olejkiem z MAZIDEŁ, którego recenzja już wkrótce, moja skóra ma dużo mniej zaskórników, zarówno otwartych jak i zamkniętych. Nie oczekuję cudów, że olejek zmieni mi skórę, ale mam nadzieję, że przy systematycznym stosowaniu pozbędę się jeszcze większej ilości zaskórników.

Z nawilżeniem też jest całkiem nieźle, chociaż ja na noc dorzucam jeszcze lekki krem, bo moja skóra po prostu tego potrzebuje.

Bardzo polecam ten olejek i już planuję testowanie kolejnych owocowych dobroci.


sobota, 18 kwietnia 2015

Od nienawiści do miłości, czyli pasta do włosów firmy Goldwell oraz przypomnienie o rozdaniu

Na początek przypomnę Wam o rozdaniu z Bielendą. Link znajduje się w prawym górnym rogu.

Będzie o elastycznej paście modelującej od firmy Goldwell. Na zdjęciu miniaturka, która znalazła się w ShinyBox. Oryginalna pasta znajduje się w zakręcanym pudełku jak wiele kremów czy peelingów.


Jak można wywnioskować z tytułu posta, moje pierwsze spotkanie z tą pastą nie należało do zbyt udanych. Była to moje wina, bo wzięłam jej za dużo i tylko niepotrzebnie przeciążyłam włosy, które wyglądały jakby je ktoś klejem wysmarował. Efekt był masakryczny, ale zauważyłam jedną rzecz- włosy posmarowane pastę mogłam dowolnie wykręcać w różne strony i fryzura się trzymała.

Drugie podejście to był strzał w dziesiątkę. Nabrałam odrobinę pasty, roztarłam ja w palcach i delikatnie zaczęłam "pociągać" nią końcówki włosów. Obecnie mam krótkie włosy w fazie zapuszczania, więc zależy mi żeby jakoś ułożyć fryzurę bez zbytniego jej obciążania. Większość pianek czy lakierów źle się dogaduje z moimi włosami, więc raczej ich unikam.

Pasta Goldwell pozwala na bardzo fajne stylizowanie fryzury, ale bez takiej nieprzyjemnej sztywności jak na przykład daje większość żeli do włosów czy efektu hełmu po lakierze. Włosy są cały czas miękkie, ale jednocześnie trzymają się ustalonej fryzury.

Cieszę się, że kosmetyk którego się obawiałam okazał się bardzo miłą niespodzianką.

piątek, 17 kwietnia 2015

Baza matująca Rimmel oraz przypomnienie o rozdaniu

Na początek przypomnę Wam o rozdaniu z Bielendą. Link macie w prawym górnym rogu. Wygrywają dwie osoby, więc naprawdę warto.

Dzisiaj będzie o bardzo ciekawym produkcie od firmy Rimmel, a mianowicie o bazie matującej Stay Matte Primer. Wygląda ona tak:



Kosmetyki Rimmel bardzo lubię i poza jakimiś drobnymi wpadkami, bardzo je polecam. Po ostatnim przeglądzie łazienki to wyszło mi, że jeśli chodzi o kolorówkę drogeryjną to właśnie firma Rimmel jest u mnie na pierwszym miejscu. I pewnie tak pozostanie, bo najnowsze kolekcje pomadek i lakierów do paznokci mnie zachwyciły.

Wracając do bazy Stay Matte. Trochę się jej obawiałam, bo podkład z tej serii był dla mnie sporym rozczarowaniem. Baza na szczęście to zupełnie inna historia.

Kosmetyk ma postać białego, dość gęstego kremu o nieco tępej aplikacji i dość intensywnym kwaśnym zapachu, który na szczęście dość szybko się ulatnia. Nałożona na krem ładnie matowi, ale to jest raczej taka satyna niż mocny mat. Mnie to osobiście cieszy, bo przy mojej skórze taki mocny mat uwydatnia wszystkie zmarszczki, a tego zdecydowanie nie chcę. Baza ładnie się wchłania, bez żadnej nieprzyjemnej warstwy. Nie zatyka porów. U mnie zwęża pory oraz sprawia, że makijaż trzyma się zdecydowanie dłużej bez poprawek

Na koniec genialny patent jaki udało mi się stworzyć razem z tą bazą. Używam jej pod podkłady rozświetlające i dzięki temu mam ładny, delikatny "glow", a nie latarnię na twarzy. Jakiś czas temu recenzowałam podkład rozświetlający z Yves Rocher i gdybym teraz miała pisać jego recenzję to byłaby dużo lepsza, właśnie ze względu na bazę z Rimmel. Jeśli macie skórę z tendencją do świecenia się, ale nie przepadacie za mocnym matem to ta baza plus podkład rozświetlający to jest strzał w dziesiątkę.

Chcę wypróbować drugą bazę, jaką Rimmel wypuściło jakiś czas temu na rynek, ale jak na razie ta jest moim numerem jeden.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Kwietniowe beGlossy-wiosenny prezent na rozpoczęcie pracy

Na początek przypomnę Wam o trwającym rozdaniu ROZDANIE.
Dzisiaj pierwszy dzień w pracy po bardzo długiej nieobecności, więc fakt, że po powrocie do domu poza stęsknionymi Mężem i Synkiem będzie czekało na mnie pudełeczko BeGlossy był bardzo przyjemny.

Czy samo pudełko okazało się przyjemnym zaskoczeniem? Zapraszam do dalszego czytania!pre

Otrzymałam wersję D, bo BeGlossy nigdy nie ma jednej wersji, więc zadowolenie wielu osób też może być umiarkowane. Moja wersja prezentuje się tak:


Jak widać w tym miesiącu nie ma ani magazynu BeGlossy, ani żadnych kuponów rabatowych tudzież dodatkowych próbek. Trochę to rozczarowuje, ale może BeGlossy podeśle jakieś kupony rabatowe na maila :-).

Produkty po kolei to:


Cellular Anti-Aging Creme firmy Shedor. Nowość na polskim rynku. Krem zawiera Nutrilinum, kwas hialuronowy, mocznik oraz witaminę C. Docelowa grupa wiekowa to 35+, ale moim zdaniem można stosować przy młodszej skórze. Ja przynajmniej zamierzam go wypróbować. Duży plus za sporo pojemność jak na miniaturkę (15ml), bo przy takiej ilości można sprawdzić faktyczne działanie kremu, a nie tylko posmarować się ze dwa razy i koniec. Dla mnie również zaletą jest ładne, szklane opakowanie.


Produkty firmy Lambre dość często przewijają się w pudełkach BeGlossy. Mam już od nich bardzo ładny lakier do paznokci, a teraz trafiło do mnie masełko do ust o zapachu waniliowym. Lubię balsamy, tudzież masełka do ust w takich pojemniczkach. Tutaj wszystko byłoby fajnie, bo zapach ładny, a konsystencja dość przyjemna, ale jest jedno zasadnicze ale-nie przepadam za balsamami bazującymi na parafinie, wolę olej kokosowy. Mimo parafiny balsam dość lekki i przyjemny w użyciu.


Postquam to kolejna firma dość często przemycana do BeGlossy. Tym razem trafiła do mnie czarna kredka tej firmy. Ta czerń mi średnio pasuje, bo ma dla mnie taki lekko zielonkawy odcień, ale kredka jest miękka i łatwa do rozcierania, więc nie będę za bardzo narzekać.


Regenerująca kuracja do rąk i paznokci od Czterech Pór Roku to fajny kosmetyk i jest oznaczony jako nowość, więc jestem to w stanie zaakceptować. Zobaczymy jak się sprawdzi w praktyce.


Wisienkę na torcie, czyli nawilżający peeling od Naobay zostawiłam na koniec. Peeling mnie bardzo ucieszył, bo lubię tego typu produkty, a na dodatek jest to wersja pełnowymiarowa. Jedna rzecz, która mi się mocno nie podoba to brak składu na opakowaniu. W dołączonej informacji z BeGlossy znajdziemy informację, że produkt zawiera oliwę z oliwek, masło shea, olej ze słodkich migdałów oraz ekstrakt z Gotu Kola. Nie ma też informacji przez ile można trzymać otwarty produkt. Na stronie Naobay też nie znajdziemy znacznie więcej informacji. Kolejny kosmetyk do sprawdzenia w praktyce.

W innych wersjach pudełka były inne kolory kredek Postquam, krem Idealia od firmy Vichy, krem Amaderm, miniaturka podkładu mineralnego Annabelle Minerals (chętnie bym wypróbowała) i jeszcze inne produkty, ale na razie nie znalazłam informacji jakie. 

Ogólnie pudełko całkiem niezłe. Zasadniczo takie są moje oczekiwania wobec tego typu usług- albo kosmetyki z wyższej półki albo jeśli dostępne powszechnie to niech to będą nowości. Na razie zamierzam kontynuować subskrypcję BEGLossy, bo to kolejne pudełko z całkiem niezłą zawartością.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Ciepło-zimno, czyli jakim jesteś typem urody oraz przypomnienie o rozdaniu

Na początek przypomnę Wam o trwającym rozdaniu ROZDANIE.

Na pomysł napisania tego posta wpadłam kiedy otrzymałam ostatnio przesyłkę z kosmetykami, a w niej pomarańczową pomadkę. Z góry przeznaczyłam ją dla mojej Siostry, ale postanowiłam najpierw ją wypróbować. Najpierw napiszę Wam krótko o co chodzi urody, a potem opowiem o moim szminkowym "eksperymencie".

Zasadniczo mamy cztery główne typy urody (odnosi się to do rasy kaukaskiej) nazwane po porach roku: wiosna, lato, jesień i zima. Wiosna i jesień to typy określane jako ciepłe, natomiast lato i zima jako chłodne. Szerszy opis możecie znaleźć na bardzo fajnej stronie 7 Niebo. Można tam znaleźć aż 12 typów kolorystycznych, które są bardzo dobrze opisane. Ja sobie to poczytałam, na jakiś innych stronach zrobiłam analizę i cały czas wychodzi mi, że jestem typem urody powszechnie określanym jako lato. Instynktownie wybieram też dość chłodne bądź neutralne barwy zarówno w ubiorze, jak i w makijażu. Te neutralne barwy są niestety bardzo często pomijane w analizach kolorystycznych i wiele osób z nich nie korzysta, bo błędnie uznaje je za ciepłe lub za zimne dla swojego typu urody. Takim przykładem neutralnej barwy, w której dobrze wygląda praktycznie każdy typ urody jest kolor roku 2015, czyli marsala, którą ja również uwielbiam.

Wracając do moje eksperymentu. Jak już pisałam, jestem chłodnym typem urody, powszechnie określanym jako "lato", więc zakładałam że w pomadce o ciepłym pomarańczowym odcieniu będę wyglądała po prostu źle. Okazało się zupełnie inaczej. Pomarańczowa szminka ociepliła mój kolor skóry, podkreśliła szaroniebieskie oczy, które w zestawieniu z taką pomadką wyglądały na mocno niebieskie, a nie takie szaro-zielono-niebieskie jak z reguły mam wrażenie, że wyglądają.

Zdziwiona tym faktem wzięłam szminkę w kolorze mocnej fuksji i też okazało się, że dobrze wyglądam. Użycie ciepłego brązu skończyło się za to totalną klapą, tak jak i bardzo jasnego mroźnego różu (pewnie dlatego podświadomie nie lubię takich pomadek). Bardzo podobny kolor mroźnego różu na oczach wyglądał dobrze, to samo było z brązem. Doszłam do wniosku, że tu dużo racji mają dwie światowe guru jeśli chodzi o makijaż, czyli Rae Morris i Bobbi Brown. Obydwie piszą o tym, że po pierwsze są osoby, które będą dobrze wyglądały zarówno w różowej jak i pomarańczowej pomadce i nie ma w tym nic dziwnego, po prostu mają szczęście. Bobbi Brown wspomina też o tym, że większość osób ma z reguły dość pomieszane typy urody, czyli ma na przykład ciepły kolor włosów, ale chłodny kolor skóry albo oczu i bardzo ważne jest, żeby to wszystko razem zgrać, żeby to dobrze wyglądało. Dlatego zachęcam Was, żeby zrobić małe testy kolorystyczne, nawet jeśli się Wam wydaje, że to totalnie nie Wasze kolory. Ważne, żeby takie testy robić w świetle dziennym, bo wszelkie sztuczne oświetlenie może zmylić.

Bardzo się rozpisałam, ale mam nadzieję że Was nie zanudziłam tym postem. 

Na koniec pokażę Wam użyte przeze mnie szminki:
-pomarańczowa 101 Vipera
-różowej niestety nie mam zdjęcia, ale była to Rimmel Lasting Finish by Kate Moss numerek 02. Taka mocna fuksja. Swoją drogą czekam na najnowsze kolorki Rimmel, bo są po prostu rewelacyjne.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Baśniowa paletka, czyli Mermaids v. Unicorns od Makeup Revolution oraz przypomnienie o rozdaniu

Na początek przypomnę Wam o trwającym rozdaniu z Bielendą  ROZDANIE.

Dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować kolejną paletkę od Makeup Revolution. Tym razem będzie to bardzo kolorowa paleta Mermaids vs. Unicorns, czyli syreny kontra jednorożce.

Zdjęcie paletki oraz swatche poniżej (zdjęcie robione w świetle dziennym):



Jakościowo paletka nie odbiega od innych palet z tej serii.Nasycone kolory, dobra pigmentacja. Trwałość też całkiem niezła, zwłaszcza jeśli użyjemy bazy. Wykończenia są satynowe bądź perłowe, niektóre dość grubo zmielone.

W przypadku tej paletki bardziej chciałabym się skupić na samej kolorystyce, która troszkę mnie niestety rozczarowała. Jak widać paletka podzielona jest na dwie części, jedną utrzymaną w odcieniach morskich, a drugą bardziej zróżnicowaną zawierającą czerwień, czerń, fiolet. Tonacja morska jest całkiem niezła, zwłaszcza genialny jest ostatni w niej kolor cudnego błękitu. Dawno nie trafiłam na tak czysty błękit, bez żadnych domieszek. Reszta kolorów w tej części palety pozornie się różni, ale na oku mają tendencję do zlewania się w jedno co mi się średnio podoba.

Druga część, mająca odzwierciedlać jednorożce, ma dwa przepiękne kolory: czerwień oraz jasny fiolet. Pozostałe to czernie, granaty oraz bardzo ciemny fiolet. Tutaj widzę zasadniczą wadę tej palety. Nie wiem jak Wam, ale mnie jednorożce kojarzą się z kolorem białym, srebrnym, delikatną szarością. Tutaj brak tych kolorów. Poza fioletem wszystkie są bardzo ciemne. Brakuje mi w tej palecie jakiegoś białego lub srebrnego cienia. Gdyby takowy był to absolutnie nie miałabym się do czego przyczepić.

Mam nawet pomysł na stworzenie właśnie takich bajkowych makijaży/stylizacji właśnie z użyciem tej palety, ale żeby namalować jednorożca to na pewno będę musiała wspomóc się jakąś inną paletą. Chyba najlepsza będzie Eyes like Angels, również firmy MUR, która posiada sporo takich właśnie bieli, szarości. Może uda mi się to zrobić w któryś weekend, bo na razie szykuję się do powrotu do mojej korporacji po bardzo długiej nieobecności, więc trzymajcie kciuki :-).

sobota, 11 kwietnia 2015

Oczyszczający peeling z Sylveco oraz przypomnienie o rozdaniu

Na początek przypomnę o trwającym rozdaniu, do którego link znajduje się w prawym górnym rogu strony.

Dzisiaj będzie recenzja peelingu firmy Sylveco, który trafił do mnie wraz ze ze styczniowym ShinyBoxem. Peeling wygląda tak:


Niestety zapomniałam zrobić zdjęcia jak wygląda jego konsystencja, ale postaram się ją opisać.

Co mówi nam o peelingu producent:

Hypoalergiczny, kremowy peeling z korundem przeznaczony do oczyszczania skóry ze skłonnością do przetłuszczania, z rozszerzonymi porami. Drobinki ścierające są mocne i doskonale złuszczają martwy naskórek. Peeling zawiera ekstrakt ze skrzypu polnego o działaniu normalizującym pracę gruczołów łojowych, łagodzącym podrażnienia i przyspieszającym regenerację. Stosowany systematycznie dotlenia skórę, poprawia jej ogólny stan, zmniejsza pory i reguluje wydzielanie sebum.

Skład:

 Woda,  Korund,  Olej sojowy,  Masło karite (Shea),  Gliceryna,  Triglicerydy kwasu kaprylowego i kaprynowego,  Stearynian glicerolu,  Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Olej z pestek winogron,  Ekstrakt ze skrzypu polnego,  Wosk pszczeli,  Alkohol cetylowy,  Alkohol benzylowy,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy,  Olejek z drzewa herbacianego 

Moje wrażenia:

Stosuję ten peeling jako oczyszczanie w metodzie Lancera, czyli codziennie. Moim skromnym zdaniem jest on genialny. Działa bardzo delikatnie, bo ścierające drobinki korundu są bardzo małe, ale jednocześnie znakomicie oczyszcza pory skóry. Znacząco zmniejszyła mi się ilość zaskórników i ku mojemu ogromnemu zadowoleniu peeling z Sylveco sprawił, że zaskórniki zamknięte się pootwierały i łatwiej je oczyścić. Trochę może przeszkadzać zapach, bo ja nie jestem fanką takich ziołowych zapachów, ale na szczęście dość szybko on znika. Mnie ten peeling w żaden sposób nie przesusza, wręcz mam wrażenie, że lekko nawilża moją skórę.

Bardzo się cieszę, że styczniowy ShinyBox kupiłam podwójnie, bo to nie jedyny kosmetyk z tego pudełka, który mi bardzo przypasował. Kolejne recenzje już wkrótce.

Zachęcam do wypróbowania kosmetyków firmy Sylveco, bo mają naprawdę bardzo dobre składy i fajne działanie. Ja mam na razie kilka próbek ich kremów i muszę je koniecznie przetestować.

czwartek, 9 kwietnia 2015

TAG: 50 faktów o mnie

Dzisiaj małe przybliżenie mojej osoby, czyli 50 faktów o mnie. Jedne bardziej inne mniej istotne :-).

1. W lipcu kończę 31 lat chociaż dzięki dobrym genom na tyle nie wyglądam ;-).
2. Mam tylko jedno imię- Anna.
3. Od prawie 5 lat jestem mężatką, a od trochę ponad roku mamą.
4.Pracuję w dużej korporacji zajmującej się szeroko pojętym IT.
5. Mówię biegle po angielsku i niemiecku, prawie biegle po hiszpańsku. Uczyłam się też francuskiego (nadal sporo rozumiem) i arabskiego. Znajomość języków obcych bardzo przydaje mi się w pracy
6.Nie wyobrażam sobie dnia bez kawy.
7.Nigdy nie korzystałam z solarium.
8.Kocham gotować i bez problemu potrafię przygotować obiad na 25 osób.
9.Pasjonuje mnie Ameryka Łacińska. Zarówno ta współczesna, jak i czasy Majów, Inków czy Azteków.
10.Z wykształcenia jestem amerykanistą i specjalistą od mass mediów.
11.Jestem typem kolekcjonera-jak już zaczynam coś zbierać to staram się mieć wszystko z danej kolekcji, nawet jak mi się średnio podoba. Staram się z tym walczyć, ale nie zawsze mi to wychodzi
12.Uwielbiam czytać książki. Przeczytałam już na pewno tysiące książek. W szczególności fantasy, sensacja oraz romansidła. Książki anglojęzyczne w większości czytam w oryginale.
13.Zbieram książki kucharskie. Z każdych zakupów jakąś przynoszę.
14. Mam słabość do koloru czerwonego. Nawet moja suknia ślubna była w kolorze bordo.
15.Wolę warzywa od owoców.W szczególności uwielbiam cebulę i kalafiora (na surowo).
16.Czekolada i owoce morza to moje dwie słabości kulinarne.
17.Lubię planować różne rzeczy chociaż często nie udaje mi się tego zrealizować w życiu prywatnym, bo zawodowo jestem bardzo skrupulatna.
18.Jestem śpiochem, chociaż od urodzenia synka jeszcze się nie wyspałam.
19.Jestem bardzo wybuchowa, ale potrafię to kontrolować.
20.Mam świra na punkcie sportu. Potrafię wstać o 4 rano, żeby oglądać mecz siatkówki lub tenisa. Od kiedy jestem mamą robię to trochę rzadziej, bo jednak sen się w życiu przydaje.
21.Sama nie mam za bardzo determinacji do regularnych ćwiczeń, chociaż ciągle sobie powtarzam, że teraz to zacznę na pewno ćwiczyć. Kolejne płyty z ćwiczeniami czekają na wykorzystanie.
22.Uwielbiam zwierzaki. W domu rodzinnym był taki okres, że miałam 6 psów, 11 kotów, 2 króliki, 2 myszy i kanarka. Teraz w swoim domu nie mam żadnego zwierzaka, ale jak tylko synek trochę podrośnie to na pewno jakiś zwierzak u nas zamieszka.
23.Jestem uczulona na jad stworzeń typu osy, pszczoły.
24.Bardzo lubię szpilki, ale rzadko w nich chodzę.
25.Długi czas borykałam się z niewielką nadwagą. Obecnie jestem bardzo szczupła, pewnie przez bieganie za Małą Bestią.
26.Cały czas szukam kosmetyku idealnego.
27.Mam młodszą siostrę.
28.Wakacje najbardziej lubię spędzać nad morzem.
29.Kiedyś nie lubiłam prac ogródkowych. Teraz z chęcią pomagam mamie w ogrodzie, sadzie i ogrodzie warzywnym.
30.Potrafię jeździć konno, całkiem nieźle gram w tenisa, znam kilka podstawowych tańców towarzyskich oraz sporo chwytów samoobrony.
31.Marzy mi się wycieczka do Meksyku.
32.Bardzo lubię rum z colą.
33.W trudnych sytuacjach potrafię zachować zimną krew. Odreagowuję później.
34.Jako małe dziecko miałam pękniętą czaszkę i z tego powodu nie mogłam przez długi czas zbytnio się przemęczać.
35.Mam lęk wysokości, dlatego okna u nas w domu myje mąż.
36.Nie lubię chodzić do kina.Wolę oglądać filmy w domu na kanapie z dobrym jedzeniem pod ręką. A tak naprawdę to zbyt często biegam do toalety, żeby wytrzymać cały film w kinie.
37.Mam dość niskie ciśnienie i częste bóle głowy.
38.Pewności siebie dodają mi pomalowane paznokcie, ale sam proces malowania mnie bardzo wkurza.
39.Kompletnie nie potrafię śpiewać. Na nieszczęścia dla moich bliskich bardzo to lubię.
40.Mam bardzo podzielną uwagę.Potrafię jednocześnie czytać,oglądać mecz, jeść i jeszcze rozmawiać z mężem.
41.Jestem lubiącą sprzątać bałaganiarą. To się trochę wyklucza, ale tak jest.
42.Mam słabość do kwiatowych wzorów na sukienkach, bluzkach, spódnicach.
43.Jako dziecko miałam prawie białe włosy i dość ciemną karnację. Obecnie włosy mi trochę ściemniały, ale opalam się dość trudno, chociaż moja skóra nie jest szczególnie wrażliwa na słońce.
44.Zawsze przeglądam czasopisma od końca.
45.Miałam być chłopcem i mieć na imię Piotr, przynajmniej według badań USG. Okazałam się dziewczynką, a imię Piotr nosi mój Mąż.
46.Lubię oglądać seriale sensacyjne typu CSI albo NCIS.
47.Kiedyś chciałam pisać książki fantasy i ten pomysł nadal siedzi w mojej głowie, więc kto wie. Może jeszcze jakąś książkę napiszę.
48.Lubię przebywać z ludźmi, ale nie mam problemów z byciem sama i nigdy się wtedy nie nudzę. W końcu jest tyle książek do przeczytania.
49.Uwielbiam wszelkie puzzle, łamigłówki. Obecnie marzą mi się takie na 18000 elementów albo puzzle 3D.
50. Chciałabym mieć jeszcze co najmniej dwoje dzieci.

To tyle o mnie.Na koniec zaproszę Was na rozdanie, do którego link znajdziecie w prawym górnym rogu.

środa, 8 kwietnia 2015

Recenzja Wyszczuplającego Musu do Ciała od Bielendy

Jakiś czas nie było żadnych postów, a to dlatego, że mój Stasik się rozchorował i Święta minęły pod znakiem szpitala, leków i zbijania gorączki u mojego Łobuziaka. Całe szczęście jest znacznie lepiej i mogę wrócić do pisania.

Dzisiaj będzie krótko i treściwie.

Jeśli ktoś wcześniej czytał mojego bloga to wie, że bardzo lubię polską firmę Bielenda. Kolejnym produktem tej firmy, który opiszę będzie Wyszczuplający Mus do Ciała.



Nie będę się rozwlekać na właściwościami produktu. Na wyszczupleniu mi nie zależało, ale na nawilżeniu owszem. I to zadanie mus spełnił całkiem nieźle, jak na fakt, że używałam go zimą, kiedy moja skóra jest bardzo sucha. Produkt ma formę trochę gęstszego balsamu, na pewno nie masła, szybko się wchłania, ładnie, delikatnie pachnie. W sam raz na lato. Zimą wolę chyba jednak gęściejsze i bardziej słodko pachnące masła do ciała, ale na lato wiosnę to produkt idealny. Z chęcią wypróbuję inne kosmetyki z tej serii, a także innych serii "geograficznych" Bielendy.

Na koniec przypomnienie o rozdaniu, do którego link znajduje się w prawym górnym rogu. Serdecznie zapraszam!

czwartek, 2 kwietnia 2015

Pierwsze zakupy w Sheinside

Tak jak pisałam już wcześniej, co jakiś czas pojawi się post mniej związany z kosmetykami, a bardziej z modą bądź jakiś przepis kulinarny, jeśli zdążę zrobić zdjęcie zanim moje głodomory wszystko zjedzą.

Dzisiaj pierwszy post "niekosmetyczny", a będzie on dotyczył moich zakupów w sklepie internetowym SHEINSIDE. Zakupy zrobione pod wpływem raczej pozytywnych opinii na wielu blogach. Jeśli jesteście ciekawe co kupiłam to zapraszam do oglądania i czytania.

1. Spodnie w kwiaty


Na zdjęciu piękne, kolorowe i takie też okazały się w rzeczywistości. Bawełna dość cienka, materiał typowo na lato. Niestety spodnie są dość kiepsko uszyte, ponieważ nie mogę ich dopiąć i nie wynika to z tego, że jestem na nie za gruba, ale po prostu coś jest nie tak z wymiarami podanymi na stronie. Rozmiar S ma 72 cm w talii. Ja mam 64-65 cm i nie mogę się dopiąć. Może trochę ćwiczeń z Ewą Chodakowską i dam radę ;-). Bardzo żałuję, że z tymi wymiarami tak wyszło, bo spodnie są naprawdę piękne.

2. Koszula w kwiaty


Ładna, acz bardzo cienka bawełna. Wzór intensywny, niewyblakły. Trochę wystających nitek. Rozmiarowo też ok. Dość oryginalne kieszenie z przodu, które sięgają prawie do pępka. Fajny zakup, z którego jestem zadowolona.

3. Długa spódnica


Bardzo nasycony bordowy kolor. Materiał to szyfon na podszewce. Lekko błyszcząca. Przy moim niecałym 170 cm, żeby była długa muszę nosić ją bardzo nisko na biodrach. Gumka w talii. Kolejny udany zakup.

4. Krótka spódnica


Z poliestru, dość sztywna. U mnie sięga tak trochę poniżej połowy uda, więc nie jest ani za krótka ani za długa. Kolory również ładne, nasycone. Bardzo ładnie, tak lekko rozkloszowanie układa się na sylwetce. Miałam dylemat czy brać mini czy midi, bo jednak z midi może być różnie. Generalnie spódnic tego typu jest ogromny wybór i ciężko mi było się zdecydować.

Poza ubraniami dostałam w prezencie kolczyki, bo akurat była jakaś promocja, że przy przekroczeniu pewnej kwoty dostaje się prezent do wyboru. Generalnie z zakupów jestem zadowolona. Nie raz kupowałam w chińskich marketach w moim mieście i wiele rzeczy mam do dziś i chętnie w nich chodzę. Oczywiście dużo jest badziewia, ale to teraz dość powszechne może poza bardziej kosztownymi sklepami jak mój ukochany Solar.

Powiem szczerze, gdyby któryś z tych sklepów zaproponował mi współpracę to czemu by nie skorzystać. Sama raczej na razie nie planuję nic zamawiać, bo ostatnio się mocno obkupiłam, również wysyłkowo, ale w bardziej rodzimym bonprix.pl, które polecam jeśli ktoś lubi klasykę i ma trochę więcej niż naście lat.

Na koniec tradycyjne przypomnienie o trwającym rozdaniu.


ShinyBox Wiosenny Mix

Jeśli ktoś śledzi stronę ShinyBox na Facebooku to wie, że Shiny wypuszcza coś takiego jak Mix Boxy co jakiś czas. Z reguły są to pudełka o mniejszej wartości niż klasyczne ShinyBoxy i też mniej kosztują. Nie ma podpowiedzi, wiemy tylko, że kosmetyki już pojawiły się w poprzednich edycjach więc albo możemy trafić na coś co nam przypasowało albo nie.

Ja postanowiłam zaryzykować i tym razem zamówiłam dwa zestawy. Kiedy był poprzedni Mix zamówiłam tylko jeden i byłam bardzo zadowolona. Niestety tym razem ryzyko nie było opłacalne.

Co mnie ucieszyło: maska do włosów Bania Agafii oraz krem pod oczy Creme Bar Visage Parfait, którego nie miałam okazji testować. Serum kolagenowe Syis jeszcze mam nieotwarte z poprzedniej edycji. Wazelina dobrze mi się sprawdzała przy zabezpieczaniu twarzy przed kwasami, więc nie jest źle. Próbka masła do ciała też jest ok.

Co mnie wkurzyło: dwa razy mydło i dwa razy perełki od Glazel. Mydeł mam w tym momencie zapas na bardzo długi czas, więc za kolejne dziękuję. No chyba, że jakieś super hiper naturalne.

Perełki Glazel chyba wylądują w jednym większym pojemniku, bo w tym momencie mam cztery (!) małe opakowania, a jeszcze ich do końca nie wypróbowałam.

Tutaj pojawia się moja uwaga do ShinyBox: skoro Mixów jest tak ograniczona ilość to może warto spojrzeć co się pakuje dla poszczególnych klientów i trochę to wymieszać, żeby jeśli jedna osoba kupi więcej niż jedno pudełko to żeby nie dostawała tych samych kosmetyków, bo to może trochę człowieka zdenerwować.

Nie wiem czy skuszę się na kolejny Mix, bo ten mnie jakoś nie zachwycił.

Na koniec zapraszam na rozdanie. Link w prawym górnym rogu.

środa, 1 kwietnia 2015

Hydrolat z neroli na ładną skórę

Jak już pisałam we wczorajszym poście, nawiązałam współpracę z firmą MAZIDŁA. Wczoraj była recenzja olejku z czarnuszki, a dzisiaj zapraszam na kolejnego fajnego "śmierdziuszka".

To kolejny produkt, który wybrałam sama dzięki uprzejmości firmy MAZIDŁA. Postanowiłam wybrać coś do pielęgnacji twarzy i zdecydowałam się na hydrolat z neroli, nad którym myślałam już od dłuższego czasu.

Najpierw wyjaśnię co to jest hydrolat, bo jeszcze jakiś czas temu sama tego nie wiedziałam (notabene blogger nadal nie zna takiego słowa :-)). Hydrolat to nic innego jak to co pozostaje po destylacji z parą wodną olejków eterycznych. Podczas takiego procesu olejek się wytrąca i zostaje zebrany, a hydrolat to roztwór wodny, który pozostaje z tego procesu. Zawiera najczęściej niewielką ilość, nie większą niż 0,5% olejku eterycznego. Nazywa się też je wodami kwiatowi i stosuje jako toniki, ponieważ pH maja podobne do odczynu naszej skóry.

Ja z szerokiej oferty MAZIDEŁ wybrałam hydrolat z neroli Bigarade. Buteleczka prezentuje się tak:



Od razu bardzo duży plus dla firmy MAZIDŁA, że praktycznie wszystkie produkty można nabyć w różnych pojemnościach. Nie musimy od razu kupować dużego opakowaniu produktu, który może się nie sprawdzić.

Hydrolat z neroli można stosować w zastępstwie toniku dla każdego rodzaju cery ze wskazaniem na wrażliwą, naczynkową, ze stanami zapalnymi, trądzikiem czy też cerę z widocznymi oznakami starzenia. Dzięki zawartości hesperydyny i betainy ma obkurczać naczynia krwionośne, działać przeciwzapalnie, matująco i nawilżająco.

Pierwsze wrażenia po otwarciu butelki to ogromne kichnięcie, bo zapach jest dość mocny. Kojarząc takie mocne zapachy z tonikami na bazie alkoholu trochę się obawiałam, że działanie też będzie podobne. Na szczęście okazało się zupełnie inaczej. 

Produkt jest bardzo wydajny, bo wystarczy naprawdę odrobina do przetarcia całej twarzy. Super matuje skóry i w widoczny sposób ściąga pory, które są znacznie mniej widoczne. Rzeczywiście łagodzi stany zapalne i pomaga na łuszczenie się skóry podczas stosowania kwasów. Dość mocny zapach też dość szybko znika.

Kolejny bardzo ciekawy produkt od MAZIDEŁ. Cieszę się bardzo, że mam okazję testować tego typu produkty, bo mimo że nie mam nic przeciwko drogeryjnym specyfikom to jednak te naturalne bardziej mnie do siebie przekonują.

Na koniec przypomnienie o trwającym rozdaniu, link w prawym górnym rogu. Zapraszam!